Lalka Barbie to atrybut mojego dzieciństwa – mojego i milionów innych dziewczynek na całym świecie. Cudowne włosy, zgrabne nogi do nieba i piękna twarz – wszystko, o czym marzyłyśmy (a może nadal marzymy…?), jako małe kobietki, miała w sobie ta plastikowa lalka. Choć dwie dekady temu wyrosłam z zabawy Barbie, tegoroczne lato przyniosło nam wielki powrót “idealnej” kobiety – oto Greta Gerwig postanowiła zatopić ręce w trudnych tematach natury feministycznej, które bardzo zgrabnie zostały osadzone właśnie w krainie Barbie.

źródło: http://www.nytimes.com

Już jakiś czas temu powstały filmy o lalce Barbie oraz jej przygodach – były to jednak produkcje animowane, dedykowane nieco młodszym widzom. Tym razem mamy do czynienia z historią, która w mojej opinii daleka jest od sympatycznej opowiastki dla bąbelków. Tym razem reżyserka Greta Gerwig zabiera nas do Barbieland’u – perfekcyjnej krainy, w której żyją idealne Barbie oraz idealni Kenowie, panuje matriarchat, a wszyscy wiodą długie i szczęśliwe życie. Każda kobieta to Barbie, która wykonuje przeróżne zawody, jest spełnieniem wyświechtanego powiedzenia “możesz być, kim chcesz” – zatem bohaterki bez trudu pracują fizycznie, jako hydrauliczki czy kopaczki rowów, jak również piastują wysokie pozycje w urzędach. 

Naszą główną bohaterką jest stereotypowa Barbie (Margot Robbie), której głównym zadaniem jest uśmiechanie się, witanie każdej Barbie i generalnie cieszenie się swoim perfekcyjnym życiem. Przychodzi jednak moment, w którym wszystko wywraca się do góry nogami – Barbie, podrygująca w rytm “Dance the night away”, zapewne pierwszy raz w życiu zadaje sobie pytanie natury czysto egzystencjalnej – zaczyna myśleć o śmierci. Wywołuje to serię niefortunnych zdarzeń – na idealnym ciele Barbie pojawia się cellulit, woda w kranie jest lodowata, a śniadaniowe gofry przypalone. Bohaterka zostaje zmuszona opuścić krainę wiecznego szczęścia – wyrusza do “naszego”, prawdziwie ludzkiego świata. Towarzyszy jej Ken (Ryan Gosling) – rozmiłowany w stereotypowej Barbie i nieudolnie zabiegający o jej względy. Jak nietrudno się domyślić, zderzenie z rzeczywistością jest dla bohaterki traumatycznym przeżyciem. Seksistowskie uwagi facetów, mocne stężenie testosteronu, które zewsząd ją otacza i kobiety, które wcale nie wydają się tak szczęśliwe, jak mieszkanki Barbieland’u. To, co dla Barbie staje się horrorem, dla Kena okazuje się ziszczeniem marzeń, których nie śmiał wypowiedzieć głośno, ale podświadomie ich potrzebował. Jego odwiedziny w prawdziwym świecie przyniosą dramatyczne skutki, które zamienią różowy Barbieland w krainę rządzoną przez silnych mężczyzn, jeżdżących na koniach, którym kobiety potrzebne są jedynie w celach usługowych.

W mojej opinii “Barbie” to dobry film, który pozytywnie zaskoczył mnie poruszonymi tematami. Greta Gerwig wespół z Noahem Baumbachem napisali znakomity scenariusz, dowcipny, zgrabny, ale… do tej słodyczy dodali łyżkę dziegciu, w postaci trudnych tematów, zakopywanych niegdyś garściami pod dywan. Dotykają kwestii nierówności kobiet względem mężczyzn w wielu różnych wymiarach, dla mnie najmocniej wybrzmiewa tutaj kwestia zawodowa. Warto wspomnieć o znakomitym monologu Glorii (America Ferrera), który mówi o bardzo trudnej roli “słabszej płci”. Nie jest to pretensjonalna kwestia, wyrecytowana w mistrzowski sposób, raczej brzmi to jak zwierzenie kobiety, zmęczonej presją, jaką nakłada na nią świat, inni ludzie (w tym kobiety) i ona sama. Gdybym była w stanie podpisać się oburącz pod tym monologiem, bez wahania zrobiłabym to. Końcowa rozmowa Barbie z Ruth (Rhea Perlman) to natomiast wyciskacz łez i zwieńczenie całej opowieści. “What was I made for?” śpiewa Billie Eilish, podczas tej sceny i zdaje się, że to jest właśnie najważniejsze pytanie, na które musi sobie odpowiedzieć nie tylko nasza główna bohaterka, ale generalnie każda kobieta i każdy mężczyzna. Co jest w tym najważniejsze, to to, aby odpowiedź była w pełni szczera, niepodległa żadnym naciskom i oczekiwaniom innych ludzi.

źródło: edition.cnn.com

Warto natomiast dodać, że nie samym scenariuszem stoi “Barbie”. Poza znakomitymi dialogami, trzeba przyznać, że reżyserka miała dobre wyczucie co do aktorskiej obsady. Margot Robbie jako Barbie i Ryan Gosling w roli Kena to świetny duet, choć muszę przyznać, że to jednak postać męska skradła moje serce. Ken jest przezabawny, czarujący, cudownie tańczy i równie dobrze śpiewa. Jego dramatyczna piosenka “I’m just Ken” wpisuje się idealnie w komizm i przerysowaną estetykę filmu. Mówiąc o piosenkach, trzeba koniecznie wspomnieć, że bardzo mocną stroną “Barbie” jest właśnie muzyka. Świetne piosenki, wykonywane przez popularnych wykonawców, takich jak Dua Lipa, Cardi B, Sam Smith, czy Billie Eilish, to wisienka na apetycznym, różowym torcie. 

Muszę jednak przyznać, że ta filmowa produkcja, choć już została okrzyknięta największym kasowym hitem, nie zrobiła na mnie wyjątkowego wrażenia. Owszem, poruszyła kilka głębiej schowanych strun, musnęła czułe punkty, co nieco mnie zabolało i skłoniło do refleksji, ale… to wszystko. Moje oczekiwania były nieco wyższe. W najbardziej różowej produkcji kinowej zabrakło chyba “tego czegoś”, dodatkowo niektóre żarty z podtekstem seksualnym wprawiały mnie w niemałe zażenowanie, były zupełnie niepotrzebne.

Nie mam wątpliwości, że za nami jedna z największych premier tego roku. Cieszę się, że “Barbie” została wykonana tym razem w nieanimowanej wersji. Bardzo przyjemnie oglądało się film o idealnej kobiecie z mojego dzieciństwa, która znienacka mierzy się z problemami arcyludzkimi. Ideał nareszcie dotknął całymi stopami ziemi i myślę, że wszystkim nam wyszło to na dobre.


Jedna odpowiedź do „It’s always Barbie and Ken”

  1. Awatar Jadzia
    Jadzia

    Największymi zaletami tej produkcji są zdecydowanie zjawiskowa scenografia i kostiumy. Głównie dla nich fani Barbie powinni ten film obejrzeć. Aktorsko też super. Porusza ważny temat, który jednak ukazano w nieco spłaszczonej wersji. Trafna recenzja M. ❤ :* Pozdrawiam :))

    Polubienie

Dodaj komentarz